
Bally Bagayoko korupcja – to hasło brzmi niemal jak tytuł najnowszego, porywającego kryminału politycznego, który moglibyśmy czytać przy porannej kawie i rogaliku. Niestety, to nie fikcja literacka, ale brutalna rzeczywistość podparyskiego Saint-Denis, gdzie lokalne elity po raz kolejny udowodniły, że publiczne pieniądze mają wyjątkowo magnetyczną siłę przyciągania. Nasz bohater, były wiceprezydent departamentu Sekwana-Saint-Denis i niedoszły zbawca uciśnionych, znalazł się na celowniku Prokuratury Finansowej (PNF). Dlaczego? Bo najwyraźniej uznał, że jedna pensja to dobra dla zwykłego śmiertelnika, a prawdziwy lewicowy bojownik zasługuje na znacznie więcej.
Bally Bagayoko korupcja – jak działał ten genialny system?
Cała sprawa wybuchła z hukiem, gdy niezastąpiony tygodnik satyryczno-śledczy Le Canard Enchaîné opublikował artykuł o wymownym tytule „Ticket gagnant de Bally Bagayoko” (Zwycięski los Bally’ego Bagayoko). Okazało się, że ten wybitny działacz społeczny, oprócz piastowania zaszczytnych i sowicie opłacanych funkcji samorządowych, był również zatrudniony w paryskim przedsiębiorstwie komunikacyjnym RATP. I to nie na stanowisku kierowcy autobusu nocnego, który użera się z pasażerami na Porte de Clichy. O nie, nasz bohater otrzymał ciepłą posadkę biurową, na którą – jak twierdzą złośliwi – rekrutowano go bez żadnego uciążliwego konkursu.
, jego grafik był tak elastyczny, że mógłby z powodzeniem uczyć jogi. RATP płaciło mu pełną pensję, dorzucało hojne premie, a on w tym samym czasie dzielnie „walczył o lepsze jutro” mieszkańców Saint-Denis. Kiedy zwykły człowiek próbuje połączyć dwa etaty, zazwyczaj kończy z workami pod oczami i zawałem serca przed czterdziestką. W świecie wyższych sfer politycznych taka kumulacja to po prostu kreatywna elastyczność zawodowa i czysta gra na koszt podatników.
Sygnaliści w akcji i wkroczenie PNF
Gdyby nie czujność stowarzyszenia antykorupcyjnego AC!! (Association Contre la Corruption), sprawa zapewne rozeszłaby się po kościach, utopiona w morzu urzędniczego żargonu. Prezes stowarzyszenia, Marcel Claude, nie bawił się jednak w dyplomację i złożył oficjalne zawiadomienie do prokuratury. Zarzuty? Przywłaszczenie środków publicznych, ukrywanie dochodów i klasyczny konflikt interesów. PNF nie miało wyjścia i wszczęło oficjalne dochodzenie.
Oczywiście, oficjalny komunikat mówi o „badaniu warunków zatrudnienia i rzeczywistego świadczenia pracy”. W tłumaczeniu z języka dyplomatycznego na nasz: śledczy próbują ustalić, czy pan Bagayoko w ogóle pojawiał się w pracy w RATP, czy też jego jedynym obowiązkiem było sprawdzanie stanu konta bankowego pod koniec miesiąca. Gdy w grę wchodzi domniemana Bally Bagayoko korupcja, nagle okazuje się, że procedury kontrolne w państwowych spółkach działają z opóźnieniem godnym francuskich kolei w czasie strajku.
Co na to sam zainteresowany? Spokój godny mistrza zen
Sam oskarżony reaguje na te doniesienia z rozbrajającą pewnością siebie. Twierdzi, że jest całkowicie spokojny o wynik śledztwa, a cała afera to jedynie „polityczna nagonka” i próba zdyskredytowania jego nieskazitelnej osoby przed nadchodzącymi wyborami. Klasyka gatunku. Każdy polityk złapany z ręką w słoiku z konfiturami natychmiast krzyczy, że to spisek, atak na demokrację i zemsta przeciwników politycznych.
To fascynujące, jak bardzo elastyczna potrafi być moralność ludzi, którzy na co dzień pouczają nas o sprawiedliwości społecznej i konieczności dzielenia się bogactwem. Wygłada na to, że dzielenie się bogactwem w wydaniu niektórych polega głównie na przelewaniu publicznych funduszy na własne, prywatne konto. Spokojny jak wiewiórka przed burzą – zwłaszcza gdy wiewiórka właśnie kradnie orzechy z publicznego koszyka.
Perspektywa polskiego emigranta: dlaczego nas to boli?
Dla nas, Polaków mieszkających w regionie Île-de-France, ta sprawa ma wyjątkowo gorzki smak. Codziennie rano wstajemy do ciężkiej pracy – w budownictwie, gastronomii, sprzątaniu czy usługach. Płacimy astronomiczne podatki, użeramy się z francuską biurokracją w URSSAF czy CAF, a ceny biletów na metro i RER rosną w zastraszającym tempie. Kiedy słyszymy, że kolejna podwyżka cen transportu jest konieczna, by „modernizować sieć”, a potem czytamy, że sprawa określana jako Bally Bagayoko korupcja to tylko wierzchołek góry lodowej marnotrawstwa w RATP, krew nas zalewa.
Okazuje się, że nasze ciężko zarobione euro, które oddajemy w podatkach, zamiast na czyste pociągi i bezpieczne stacje, idą na finansowanie fikcyjnych etatów dla politycznych kolesi. Ty płacisz krocie za wynajem małego mieszkania, a on w międzyczasie zbiera dodatkowe wypłaty z dwóch miejsc jednocześnie. To nie jest sprawiedliwość, to jest skandal w wersji „prawdziwych ludzi kontra polityczna elita”.
Czas na realną przejrzystość, a nie puste obietnice
Nie możemy godzić się na to, by lokalni kacykowie traktowali instytucje publiczne jak prywatny folwark. Każdy dodatkowy bonus, każda „elastyczna godzina” pracy urzędnika powinna być transparentna i łatwa do zweryfikowania przez każdego obywatela. Jeśli system pozwala na to, by wiceprezydent departamentu pobierał drugą pensję za pracę, której prawdopodobnie nie wykonywał, to znaczy, że system jest chory od środka.
Czas skończyć z pobłażliwością i narzekaniem przy piwie w polonijnych barach. Musimy głośno domagać się rozliczenia takich ludzi. Bo dopóki będziemy milczeć, dopóty tacy panowie jak Bagayoko będą śmiać się nam w twarz, wsiadając do swoich opłacanych z naszych podatków limuzyn. Zajrzyjcie do Canarda, zobaczcie dowody i pamiętajcie o tym przy kolejnej podwyżce podatków.
Źródło: materiały prasowe



